Pokazywanie postów oznaczonych etykietą old school. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą old school. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lutego 2013

Old School - Fallout 1 & 2

War... war never changes.

Użyłem już tego zdania aby rozpocząć wpis o Wasteland 2 ale nie mogłem nie użyć go ponownie na wstępie opisu serii, z której pochodzi. Mowa oczywiście o dwóch najlepszych grach, jakie Matka Ziemia nam dała.


Już słyszę szum wywołany tym stwierdzeniem dlatego od razu przechodzę do jego sprostowania :) Jak dało się zauważyć w poprzednich wpisach na GamingUnchained, jestem bez reszty oddany dwóm pierwszym Falloutom, uważając je za szczytowe osiągniecie gamingu, nie uznając jednocześnie postnuklearnych Elder Scrolls od Bethesdy. Dla jednych herezja, dla drugich oczywista oczywistość ale chciałem właśnie na wstępie wyjaśnić, że wpis może zawierać nieprzebrane pokłady subiektywizmu.


To był piękny kwietniowy poranek, dokładnie 22 kwietnia, kiedy stało się coś, co na zawsze zmieniło świat gier oraz mój (ach, pompatyczność). Dowodzony przez Briana Fargo Interplay wypuścił demo pewnej gry rpg o bardzo postnuklearnym tytule Fallout (dłuższe i mające więcej zawartości niż niejedna gra dzisiaj - how sad). W tamtych czasach byłem człowiekiem ogrywającym wszystko co gra się nazywa i na drzewo nie ucieka, więc rzeczone demko szybko wylądowało na moim dysku. Pozwalało ono wziąść udział w zmaganiach dwóch gangów - Crypts i Fools - o kontrolę nad miasteczkiem Scrapheap. Już ten niewielki fragment pełnej gry pokazywał, na jak dużą swobodę w działaniu pozwalała. Chodziłeś gdzie chciałeś, robiłeś co chciałeś, mogłeś opowiedzieć się po jednej ze stron, mogłeś poczekać aż się sami wykończą czy w końcu mogłeś sam wyciąć w pień całe miasto powodując eksplozję generatora. To wszystko plus niesamowity klimat rodem z Mad Maxa (tak mi się to wtedy skojrzyło, po części zresztą słusznie) sprawiło, że z wywieszonym językiem czekałem na pełną wersję.


Pierwszy Fallout został wydany 30 września 1997 roku i przyznam, że mimo zafascynowania się wersją demo, umknęła mi ta premiera. Dlaczego tak się stało, to niknie w mrokach moich growych dziejów, w każdym razie o istnieniu Fallouta przypomniałem sobie u mojego przyjaciela, który to pokazał mi jej pełną wersję podczas jednej z wizyt u niego. Żeby było zabawniej - stwierdziłem, że to co zobaczyłem to jakaś porażka. W wersji demonstracyjnej zasuwałem sobie postacią po klimatycznym mieście, kosiłem z gnatów, urabiałem NPC a tu? Mapka jakaś w kwadraty pocięta, podróżowanie po niej jakimś kursorkiem nie wiadomo gdzie... WTF is this? Zniesmaczony powróciłem do domu a do Fallouta jakiś czas się nie zbliżałem. W końcu jednak sumienie ruszyło. Jak to tak? Demko nieziemskie a pełna wersja kasztan? Ach, lepiej samemu spróbować w domowym zaciszu.. I jak spróbowałem, tak zniknąłem. Chciałbym tu móc napisać, że od komputera wstałem dopiero jak przeszedłem całą grę, ale niestety... robiłem sobie trochę przerw na jedzenie i spanie.


Fallout nie bez powodu nazywany jest duchowym następcą Wasteland. Mamy tu podobny klimat postnuklearnej, pełnej przemocy, seksu i hazardu Ameryki, w której nie do końca chcielibyśmy żyć (ale grać już jak najbardziej). Tak naprawdę, Fallout na początku był tworzony jako sequel Wasteland ale z powodu nie zdobycia praw do niego postanowiono stworzyć własną wersję postnuklearnego świata, pozostając przy inspirowaniu się kultowym tytułem. Podobna rzecz miała miejsce z systemem rozwoju postaci. Bazowo miał być to GURPS od Steve Jackson Games, został on już zresztą zaimplementowany ale właściciel praw do tego systemu widząc ilość przemocy i krwi w Falloucie (he, he) wycofał się z projektu. Dzięki temu powstał autorski system SPECIAL (Strength, Perception, Endurance, Charisma, Intelligence, Awareness, Luck), który tak znamy i kochamy.


No dobra, ale o co w tych Falloutach właściwie chodzi? W tej wersji rzeczywistości, po kilkudziesięcioletniej wojnie o nieodnawialne surowce, takie jak paliwo czy uran, w 2077 roku dochodzi do zniszczenia Ziemi pociskami nuklearnymi. Nikt nie wie, kto wystrzelił pierwszą rakiętę, wiadomo tylko, że w ciągu dwóch godzin prawie cała ludzka cywilizacja została obrócona w pył. Nieliczni wybrańcy schowali się w Schronach, gigantycznych podziemnych kompleksach zbudowanych przez VaultTec, reszta została na powierzchni. Przez prawie sto kolejnych lat ocaleli odbudowywali cywilizację z gruzów ale to, co w 2161 roku zastaje na powierzchni bohater pierwszej części gry przekracza jego najśmielsze wyobrażenia...

Sulik i jego Grampy Bone.

I tak mógłbym opowiadać o water chip, GECK, Enclave, Brotherhood of Steel lub Haroldzie... ale nie zamierzam psuć przyjemności odkrywania wszystkiego samemu (jeśli ktoś nie grał). A jest co odkrywać. Już pierwszy Fallout to przygoda na długie godziny natomiast druga jego część bije wszystko na głowę. Zatrzęsienie ciekawych miejscówek, jeszcze ciekawszych  postaci, rewelacyjnych questów, tzw. random encounters (np. możemy spotkać Rycerzy Okrągłego Stołu ;)), broni i mnóstwa innych rzeczy sprawia, że każdy playtrough oferuje nam coś nowego.


                                                            Cafe of Broken Dreams :)

I to jest właśnie to, jeden z głównych czynników definiujących genialność Falloutów. Ogromny świat, w środek którego jesteśmy rzuceni jako żółtodzioby i tylko od nas zależy gdzie pójdziemy i co zrobimy dalej. I jak to zrobimy. Gra pozwala podejść do spraw na wiele różnych sposobów. Cel możemy osiągnąć sprawną gadką, niewąskim operowaniem spluwami czy tęgim mózgiem włamując się do terminali. You name it, You have it. Kolejnym czynnikiem świadczącym na plus Fallouta jest opisany wyżej klimat postnuklearnych pustkowi. Odwiedzamy zaadaptowane przez ocalałych z zagłady ruiny dawnych miast, Schrony, obozowiska, wioski i bazy wojskowe (Sierra Army Depot - zaprawdę kultowa miejscówka z F2). Spotykamy niezwykle barwne postaci, choćby wymienić ghoula Harolda, supermutanta Marcusa czy kultowego Sulika i jego Grampy Bone, słuchamy doskonale skomponowanej, nastrojowej muzyki, która przenosi nas niemal w sam środek przedstawianych na ekranie wydarzeń. A najlepsze jest to, że  Fallout potrafi to wszystko zapewnić hulając na prastarym już dzisiaj engine, który przez młodsze pokolenia jest uznawany za muzealny relikt. Większość dzisiejszych gier, z ich całą piękna oprawą audio/video może tylko pomarzyć o stworzeniu tak sugestywnego świata, jaki znajdziemy w Falloutach. Ostatnią sprawą, też już przeze mnie wspomnianą jest serwowany przez Fallouta humor oraz tony nawiązań do świata książki, muzyki, filmu czy innych gier. O Rycerzach Okrągłego Stołu pisałem wyżej ale spotkamy też m.in. wieloryba z Autostopem przez galaktykę, Mad Maxa z jego psem czy Strażnika Mostu z Monthy Pyton and the Holy Grail. Mistrzostwem świata jest też zaprezentowana na screenie powyżej Cafe of Broken Dreams, gdzie spotykamy postaci z pierwszego Fallouta, które nie zmieściły się w ostatecznej wersji Fallouta 2.


Czytając zauważyliście pewnie, że tak naprawdę nie wydzielałem Fallouta 1 i 2, tylko traktowałem je jako jeden wspólny byt. I tak właściwie według mnie powinno się robić. Część pierwsza to zainspirowany Wastelandem fundament, który to cześć druga wykorzystała do zbudowania najlepszej gry, w jaką dane mi było zagrać przez ponad 20 lat mojej przygodami z elektroniczną rozrywką. Nie skosztowanie choćby jednego z Falloutów uważam za ostateczny growy grzech :) Przyznam, że kiedy reinstaluję Windowsa, pierwsze co z powrotem ląduje na twardzielu  to właśnie Fallout 1 & 2. To dla mnie niezbędnik pokroju sterownika do karty graficznej czy przeglądarki internetowej nie będącej Internet Explorerem. Nie było roku licząc od 1997, abym nie powracał na zdewastowane, wrogie pustkowia postnuklearnej Ameryki. W końcu Dogmeat musi mieć pana, prawda? :)


P.S. Nie sposób jest wymienić w jednym wpisie ogromu smakowitości, które oferują oba Fallouty czy też opisać dokładnie barwny świat, jaki przyjdzie nam zwiedzać. Dlatego zachęcam do zapoznania się z Fallout Bible, czyli zbiorem kilkunastu dokumentów przygotowanych przez Chrisa Avellone (jednego z twórców opisanych przeze mnie gier), niezwykle bogato opisujących Fallouty "od zaplecza". Więcej o Fallout Bible pod tym linkiem.

Do zobaczenia na pustkowiach!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Post-nuclear News: Wasteland 2.

War... war never changes...

Kto poczuł mrowienie na plecach i łzy na policzkach? Nawet jeśli nie każdy z was, to trudno odmówić serii Fallout kultowości i legendarności. Mówię tu oczywiście o dwóch pierwszych częściach, a nie Post-Nuclear Elder Scrolls od Bethesdy. Pozostaje pytanie, dlaczego piszę o Falloutach, kiedy w tytule newsa jest Wasteland 2. Już wyjaśniam.


Osobą odpowiedzialną za powstanie pierwszego i drugiego Fallouta jest Brian Fargo, który inspirując się właśnie kultowym Wasteland, nadał tak genialny klimat obu postnuklearnym rpg'om. Ale to nie wszystko. Pan Fargo jest założycielem studia InXile Entertainment, które to 17 kwietnia 2012r. zebrało na Kickstarterze prawie 3 miliony dolarów (!) z wymaganych 900 tysięcy na developing Wasteland 2.

One bad mother...

Od początku, jako człowiek uważający Fallouta 2 za najwybitniejsze osiągnięcie branży gier komputerowych,  kibicuję temu projektowi i z niecierpliwością wyczekuję kolejnych newsów i materiałów z gry. I kilka dni temu wszyscy czekający na Wasteland 2 otrzymali naprawdę wspaniały prezent. Mowa o tym filmie:


Moje pierwsze wrażenie - O.M.G. Jeśli miałbym sobie wyobrażać PRAWDZIWEGO Fallouta 3 (pomijając "dzieło" Bethesdy), to tak właśnie miałby wyglądać. Ameryka po zagładzie atomowej - jest. Klimatyczna grafika (izometria, yeah) i muzyka - jest. Turowa walka rodem z Fallouta - jest. Długie, ciekawe dialgogi - są. Humor - jest. Co do tego ostatniego, kiedy podczas oglądania powyższego filmiku przeczytałem opis owada - "This fly is one bad mother..." to momentalnie poczułem się jakbym grał w moją ukochaną grę. Jednak w całym tym porównywaniu Wasteland 2 do Fallouta nie zapominam, że to przede wszystkim kontynuacja jednego z najlepszych rpg tamtych czasów, który sam w sobie stanowi pozycję typu must-have.

Welcome to wasteland, boy.

Na tą chwilę wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że InXile idzie w bardzo dobrym kierunku. Ja osobiście zaufałem Brianowi i wsparłem ich projekt na Kickstarterze, jednocześnie gwarantując sobie pudełkową, kolekcjonerską wersję Wasteland 2 z autografami twórców.

Więcej info o Wasteland 2 na oficjalnej stronie, gdzie znajdziemy forum i bloga z najnowszymi newsami:

Wasteland 2

Your mind just exploded like a blood sausage.

Old School - Nexus: The Jupiter Incident.

Witam na mostku dowodzenia krążownika Angelwing!

Dzisiaj, z targanej epickimi potyczkami ery Sengoku i średniowiecznej Japonii przenosimy się mocno do przodu (używając niebieskiej budki Doktora ;)) w historii ludzkiej rasy a dokładniej do XXII wieku. W tym czasie osadzone są wydarzenia opowiedziane w grze Nexus: The Jupiter Incident.


Nexus to wydane prawie 10 lat temu, bo w 2004 roku, dzieło węgierskiego developera Mithis Entertainment. Gra jest przedstawicielem gatunku RTS, w tym wypadku z naciskiem położonym na taktyczne, kosmiczne bitwy. Nie uświadczymy tutaj budowania baz ani zbierania surowców. Dla mnie osobiście, z racji  fajnej i ciekawej fabuły (szczególnie jak na strategię) to niemal serial S-F, gdzie każda misja to kolejny jego odcinek.

Jeden z największych i najpotężniejszych statków kosmicznych w grze - Colossus.

Nie będę szczegółowo opisywał fabuły gry, jej smakowanie pozostawiam Wam. Napiszę tylko kilka słów, co z czym się je w XXII wieku :) Wcielamy się w postać Marcusa Cromwella, bohatera wojennego Floty Federacji, a przede wszystkim syna pierwszego człowieka, który narodził się w kosmosie - Richarda Cromwella. Ojciec Marcusa dowodzil statkiem kolonizacyjnym Noah's Ark, wysłanym z misją zbadania nowych światów a który zaginął po przeskoku przez wormhole nieopodal Marsa. Marcus z kolei zostaje na początku gry wynajęty przez korporację SpaceTech do zbadania opuszczonej bazy wrogiego syndykatu. Tam znajduje krążownik obcego pochodzenia - "Angelwing" (w mojej opini jeden z najfajniejszych statków kosmicznych ever designed w filmie czy grze).

Krążownik Angelwing <3

Po kilku kolejnych misjach Cromwell natrafia na Pluto sztuczną inteligencję o nazwie Angel, która integruje się z Angelwing oraz ratuje cały statek przed zniszczeniem przez Mechanoida (co to takiego, dowiecie się z gry). Ratunkiem jest skok przez ten sam wormhole koło Marsa, którego użył jego ojciec podczas dowodzenia Noah's Ark.

Angelwing w czasie walki.

I tak co z początku wydaje się być zwykłym szpiegostwem korporacyjnym szybko przeradza się w intergalaktyczny konflikt. Marcus wraz z wierną załogą trafia w środek wojny między zaawansowaną technologicznie lecz pokojową rasą Vardragów (dla których walczą, jako najemnicy, kolonizatorzy z Noah's Ark) a jaszczurowatymi, krwiożerczymi Gorgami. W konflikt jest uwikłana również mistyczna rasa Ghost oraz insektoidalni Locust. Więcej historii nie przedstawiam, jest zbyt smaczna i polecam delektować się samemu :)


Tak jak wspominałem wcześniej, Nexus to kosmiczny RTS z nastawieniem na taktyczne potyczki między flotami biorących udział w konflikcie ras. Na początku dysponujemy tylko jednym statkiem ale wraz z biegiem czasu nasza flota się rozrasta. Co ciekawe, między misjami możemy dowolnie modyfikować będące pod naszym dowództwem statki zarówno pod kątem broni, silników, osłon oraz sensorów ale też i myśliwców czy promów z komandosami (co jakiś czas pojawią się do wyboru coraz bardziej zaawansowane komponenty). Załogi, tak jak i postacie specjalne (np. Marcus czy Angel), zdobywają doświadczenie, co przekłada się na ich lepsze "osiągi" w walce. W czasie bitew mamy pełną kontrolę nad naszą flotą. Poprzez "pełną" mam na myśli nie tylko możliwość sterowania ruchem statków, wybieraniem dla nich celu czy ustawianiem ich zachowania (agresywne, defensywne, itp.). Możemy również sterować mocą silników, osłon czy broni a zręczne operowanie jej przerzucaniem pomiędzy danymi podzespołami może zdecydować o wygranej. Co ciekawe, twórcy gry pomyśleli nawet o takim szczególe, jak możliwość celowania w poszczególne elementy statku, np. zniszczenie silnika zatrzymuje statek w miejscu a pozbycie się generatora tarcz pozbawia jednostkę... tak, tarcz :).

Tak wygląda wyposażanie statku.

Całość napędza autorski silnik graficzny Black Sun Engine i przyznam z ręku na sercu, jest na tyle świetny, że gra do tej pory wygląda bardzo ładnie, szczególnie po ustawieniu rozdzielczości HD. Nie wywołuje na pewno takiego szczękoopadu jak prawie 10 lat temu ale nadrabia naprawdę ciekawym przedstawieniem kosmosu, szczegółowymi modelami statków oraz efektami ich broni. Pierwsze potyczki nie robią wrażenia ale kiedy zaczynają się ze sobą ścierać naprawdę duże floty, adrenalina momentalnie idzie do góry a zmysły zaczynają ucztować. Dźwięk niestety nie idzie w parze z oprawą graficzną. Na pewno nie jest on zły, szczególnie odgłosy silników czy niektórych broni są bardzo poprawne, ale brakuje mu ostatecznego szlifu, szczególnie w przypadku muzyki.


Boom, baby!

Nexus, mimo upływu lat, jest wciąż pełnowartościową grą i kiedy moi przyjaciele postanowili nabyć tą perełkę wśród kosmicznych strategii, ja nie wachałem się ani chwili by zaprezentować ją czytelnikom GamingUnchained. Kupujcie śmiało, czy na Steam czy na gog.com, żadna złotówka nie będzie zmarnowana :) Przyjemność z rozgrywki znajdą tu nie tylko weterani rts'ów (szczególnie kosmicznych) ale wszyscy lubiący, tak jak ja, gry z niepowtarzalnym klimatem kosmosu. A takiego klimatu Nexusowi na pewno odmówić nie można.

P.S. Osobom zmagającym się z ustawieniem rozdzielczości HD lub widescreen (gra z poziomu menu pozwala na rozdzielczość do 1600x1200) polecam ściągnać tego launchera. U mnie działa rewelacyjnie.


See You in space!

środa, 6 lutego 2013

Wkrótce na GamingUnchained. - UPDATE!

Mała zajawka tego, co w najbliższym czasie pojawi się na GamingUnchained:

UPDATE - opis Shogun 2 jest już online. Natomiast przed pozostałymi zapowiedzianymi artykułami pojawi się kilka innych. Jakich? Tego dowiecie się w czasie ich publikacji :) Stay tuned!

What's playin', doc? - cofniemy się w czasie do Japonii ery Sengoku przy okazji opisu Total War: Shogun 2 oraz posiekamy trochę cyborgów w Metal Gear Rising: Revengeance (przy okazji pojawi się nowy cykl o Edycjach Kolekcjonerskich gier - MGR będzie pierwszą z nich).

Test it! - test myszki SteelSeries World of Warcraft. W użytku pod moją ręką od kilku lat, zobaczymy jak zdała próbę czasu.

Old School - obrazek mówi wszystko :)


Do przeczytania!

wtorek, 5 lutego 2013

Old School - seria KKnD

Witam w kolejnym nowym cyklu na GamingUnchained (narobiło się ich trochę :)). W Old School będę przypominał stare ale niezwykle jare gry, w które miałem przyjemność grać i które według mnie zasługują na pamięć.

W pierwszym odcinku cyklu nie będzie o jednej grze ale o całej, aczkolwiek niezbyt długiej serii - Krush, Kill n' Destroy australijskiego studia Melbourne House (znanego też jako Beam Software a później Krome Studios Melbourne).

Logo pierwszego KKnD

KKnD to wydana w 1997 roku strategia czasu rzeczywistego. Osadzona w uwielbianych przeze mnie postnuklearnych realiach (Fallout <3), z miejsca ujęła mnie swoim klimatem. Historia świata KKnD jest bardzo zbliżona do tej przedstawionej w Fallout. W 2079 roku na naszej kochanej planecie Ziemia dochodzi do globalnego konfliktu, który kończy się zaoraniem całego świata atomówkami. Część populacji zdążyła ukryć się pod ziemią razem z tym co zdołała zabrać ze sobą, reszta została na powierzchni. Nieliczni którzy przeżyli wybuchy, zostali zmutowani przez radioaktywny świat. W 2141 roku The Survivors (czyli szczęściarze z podziemi) wychodzą na powierzchnię gdzie spotykają Evolved (czyli zmutowanych pechowców). Jako, że ci drudzy nie pałają zbyt wielkim uczuciem do swoich ocalałych pobratymców, wojna wybucha na nowo.

The Survivors (niebiescy) odpędzają Evolved (czerwoni) od bezcennej ropy.

Jak na 1997 rok, gra miała (i według mnie dalej ma) bardzo przyjemną grafikę i dobre udźwiękowienie. Interfejs jest intuicyjny i szybko można się połapać co z czym się jje. Autorzy gry przygotowali po piętnaście misji dla każdej ze stron, który były przetykane modnymi wtedy wstawkami z żywymi aktorami (szkoda, że już od tego się odeszło). Co wyróżniało KKnD, oprócz realiów, to jednostki, jakimi można było dowodzić. Tak jak Survivors mieli raczej klasyczny sprzęt - czołgi, miotacze ognia czy terenówki (ok, czołg z autocannonem wielkości kolumny Zygmunta nie był do końca klasyczny), to już Evolved byli naprawdę fachowi. Co powiecie na monster trucki, motocykle albo mastodonty z minigunem na plecach? Może jeszcze dorzucimy ogromnego kraba z wyrzutnią rakiet? Wszystkie te cuda mutanty rzucały na ludzi aby ostatecznie zmieść ich z powierzchni ziemi.

Jestem piękny!

I prawie im się to udało. Po zaciekłych bojach Evolved zepchnęli Symetrycznych (jak sami ich nazywali) z powrotem do podziemi. Mijał czas a na wyniszczonej wojną ziemi trwał względny pokój. Ten okres obie strony wykorzystywały na lizanie ran i zbrojenie się na kolejny, nieuchronny konflikt. Ten rozpoczął się po czterdziestu latach, kiedy Survivors postanowili po raz kolejny wyjść z podziemi. Tylko, że tym razem do zmagań dołączył ktoś jeszcze...



KKnD 2 - Krossfire to powstały rok później sequel KKnD, który opowiadał dalszą historię konfliktu Survivors z Evolved. Melbourne House tym  razem postawiło na nowy engine graficzny, co sprawiło, że "dwójka" jest jeszcze ładniejsza. Przyłożono się też mocniej do oprawy dźwiękowej (szczególnie muzyka mutantów jest kapitalna) i dodano trzecią frakcję - farmerskie roboty.

Series 9

Już widzę Wasze miny :) WTF?! Farmerskie roboty? A i owszem. Przed z 2079 roku ludzkość korzystała z tychże własnie robotów przy pracy na roli ale kiedy światem wstrząsnał opisany wyżej konflikt, roboty te stały się bezużyteczne. Najnowocześniejsza z ich serii - dziewiąta, obserwując konflit, który wybuchł w 2141 stwierdziła, że ludzie to zbędny lokator Ziemi i rozpoczęła upgrade z farmerów do wojennych maszyn. Kiedy po czterdziestu latach Survivors raz jeszce wydostali się na powierzchnię, Seria 9 była już gotowa.

W takich realiach przyszło nam toczyć boje w rewelacyjnej kontynuacji pierwszego KKnD. Właśnie ta gra skłoniła mnie do opisania całej serii. Dla mnie i niektórych moich znajomych, to pozycja wręcz legendarna.
Już "jedynka" zawierała sporo humoru, ale dwójka zdecydowanie podniosła poprzeczkę (same odprawy przed misją przed misją potrafią rozbawić do łez, co widać na jednym z screenów powyżej). Do tego dochodzą wszechobecne nawiązania do popkultury (szczególnie w nazwach misji - cytaty z filmów, np. Charlie don't surf, tytuły filmów, np. Driving Miss Daisy) czy nawet do Bilbii (Walls of Jerry.Co). Nie obeszło się też bez smaczków na planszach. Ktoś kojarzy ten budynek? :)


Ale nie tylko sama kampania i jej humor stanowi o sile KKnD 2. Najwięcej rozrywki mnie i moim przyjaciolom dostarczał multiplayer. Och, cóż to były za boje... w przeciwieństwie np. do StarCrafta, tutaj nie ma żadnych limitów zasobów czy pojazdów, więc pojedynki kilkuset jednostek były na porządku dziennym.

My baby shot me down...

Po historii i zachwytach przydało by się słówko o gameplay. Ten jest tak naprawdę bardzo klasyczny. Stawiamy budynki w bazie, wydobywamy surowiec (w tym przypadku ropę), rozwijamy technologię, budujemy coraz lepsze jednostki i rzucamy je na przeciwnika. Brzmi banalnie ale zaręczam, gra się niezwykle przyjemnie. Polecam tą serię każdemu fanowi RTS'ów ale też wszystkim lubiącym postnuklearne realia i świetny humor (ciekawe zestawienie swoją drogą).

Jeśli ktoś chciałby dopaść pierwszy KKnD, to jego rozszerzoną wersję Xtreme znajdzie na GOG.com
Dwójki niestety nie udało mi się upolować w legalnych źródłach internetowych, co niezmiernie mnie smuci. Pozostaje polowanie na płytki na aukcjach. Pamiętam jednak, że już na Windows 98 Krossfire miał problemy z działaniem (miałem dwa systemy, Windows 95 dla KKnD 2 i Windows 98 dla reszty :D).

Na koniec mały bonus. Oficjalne strony obu gier wciąż są online (po 15 latach!).

środa, 30 stycznia 2013

I'm a PC.

Wczoraj prześledziłem początki mojego gamingu, dzisiaj zgodnie z zapowiedzią wkraczamy w erę PC.
Do dziś pamiętam setup pierwszego komputera, który ozdobił moje biurko. Był to potężny procesor 286 (na ilu Mhz to niestety już nie pamiętam), karta graficzna Hercules Monochrome, 648kb pamięci RAM i całe 2MB na dysku twardym. To wszystko podrasowane symfonicznym brzmieniem PC Speakera ;)

PC prezentował się niezwykle dostojnie:


















Ten mocarny zestaw bez problemu uciągał takie ówczesne hity jak Prince of Persia w SVGA, Test Drive 1 i 2 czy Operation Wolf. Jednak z czarnobiałych czasów 286 (i malutkiego monitora z obowiązkowym filtrem, bez którego ślepło się w 15 minut) zdecydowanie najwięcej czasu zabrało SimCity (już widzę Wasz uśmiech na twarzach). Legendarny city-sim, którego kolejne części wydawane są do tej pory. Czy zbliżający się wielkimi krokami reboot serii wciągnie jak pierwsza część? Trzymamy kciuki.

Następny krok w mojej ewolucji gracza wspominam najcieplej. Z monochromatycznych przygód okraszonych wesołym pikaniem PC Speakera zostałem przeniesiony w świat kipiący kolorem i 16-bitowym dźwiękiem Sound Blastera. Przyznam, że przez wspomniane we wcześniejszym poście 23 lata grania nie doznałem takiego opadu szczęki jak przy tej zmianie. Pierwszą grą był (chciałem napisać po raz kolejny legendarne, ale jak się tak zastanowić to prawie każdy tytuł z tamtych czasów jest legendarny ;)) pierwszy RTS - Dune 2. Harkonenni, Atrydzi, Ordosi... na uczestniczeniu w ich zmaganiach mijały jedne z najlepiej spędzonych godzin przy PC. A przecież pojawiały się kolejne perełki. Zapewne mówią wam coś takie tytuły jak Civilization, Colonization, Age of Empires, UFO (czy też X-COM), Warcraft? Wasz uśmiech po raz kolejny stanowi odpowiedź.

Wymienione tytuły zna każdy, dlatego postanowiłem przytoczyć kilka mniej znanych gier, które nie są wymieniane jednym tchem obok tych powyżej, a które napewno zasłużyły, by o nich pamiętać.

1. Rise of the Triad - FPS od Apogee (czyli 3DRealms - twórcy Księcia Nukem 3D), trochę Wolfensteina, trochę Dooma i mieliśmy naprawdę ciekawą strzelaninę, według mnie mocno niedocenioną.

2. The Dig - to jedna z tych gier, przy których zrobiłem WOW widząc ją pierwszy raz. Jest to point -n-clickowa przygodówka od mistrzów tego gatunku, LucasArts. Urzekała nie tylko grafiką ale przede wszystkim dźwiękiem. Wszystkie kwestie postaci były voice-overowane a tłem była muzyka grana przez orkiestrę. To wszystko podlane znakomitymi renderowanymy cut-scenkami. Czy wspominałem o świetnej fabule pełnej tajemnic?

3. One Must Fall 2097 - tutaj nie napiszę nic tylko zaproszę pod http://www.omf2097.com
Dla narobienia smaku - jeśli ktoś chciał mordobicie ala Mortal Kombat tylko że z gigantycznymi robotami, to odpowiedź kryje się pod linkiem ;)

4. Shadow Warrior - powstały na fali popularności Księcia FPS o ninja Lo Wangu, który ociekał nie tylko posoką ale i znakomitym humorem. Śmiem twierdzić, że był fajniejszy od Duke Nukem 3D.
Więcej od Shadow Warrior - http://en.wikipedia.org/wiki/Shadow_warrior

5. Wacky Wheels - na koniec perełka. Myślę, że najmniej znana z tych tu wymienionych, niestety. Jako, że w tamtych czasach nie każdy delektował się Nintendo, Apogee postanowiło zrobić grę w stylu Mario Kart na PC. A jako, że było to właśnie Apogee, to wyszła im gra lepsza od oryginału. Wyścigi zwierzaków upchniętych w małych kartach, ładujących do siebie z mnóstwa różnego rodzaju power-upów dostarczały ogromnych pokładów zabawy. Najlepsze w WW było to, że mogłeś grać w split-screenie co potęgowało frajdę.

I to tyle w tym odcinku. Jak zwykle zapraszam do komentowania i dzielenia się własnymi wspomnieniami z tamtego okresu. Jakie gry Wy byście tu mieścili?



Na koniec jak zwykle bonus dla wytrwałych - setki gier z lat 80 i 90. Legalnie i za darmo - http://www.myabandonware.com/

Have Fun!